Czy trzeba więcej odwagi, aby żyć czy aby umrzeć?
Wielu z nas mówi dziś: "Gdyby takie nieszczęście zdarzyło się mnie, pragnąłbym, aby moi bliscy mieli dość odwagi, żeby mnie zlikwidować." Ładne zdanie, kiedy się je wygłasza. Czy można mówić o znalezieniu wśród bliskich ludzi odważnych dziesięć lub dwadzieścia lat wcześniej, kiedy wszystko wydaje się proste, całkiem proste? Wyrostek mówi o samobójstwie, kiedy będzie stary, to jest w trzydziestym roku życia. Rzadko spełnia swoje zamierzenia i kończy się na przyzwyczajeniu się do upływu czasu, do zmniejszania się wydolności umysłowej, przyzwyczajeń, do porażek, cierpień i do idei bycia zawsze na "wysokości zadania". Bez wątpienia dzisiaj myśl, że mógłby jutro przypominać tego bełkocącego starca, błądzącego bez wypoczynku po korytarzach domu opieki pośród dziesiątków mu podobnych, jest nie do zniesienia. Ale on, co on myśli obecnie? Może odnajduje przyjemność w widoku światła każdego ranka, dotyku rąk kobiety, która go ubiera i myje, w smaku słodyczy i czekolady? To zawsze lepsze niż nic. Ten człowiek może dziesięć lat temu błagał w obecności opiekunki społecznej, miłej i uważnej: "Ach, moje dzie-
ci, jeśli mnie kochacie, w dniu, kiedy stracę możność godnej egzystencji - zabijcie mnie..."
Ale tutaj, przed nim, jakie mamy prawo do takiej postawy? W imię dawnych uczuć? Można zmienić zdanie, życie zmusza nas do rewizji dawnych obietnic. Uderzająca jest odwaga tych chorych, którzy nagle znaleźli się w niezwykle ciężkiej sytuacji i mimo to zachowali ciekawość świata i przeżywania przygody, słabych, a mimo to marzących o zdobywaniu szczytów i marszu wąską ścieżką wśród gór w oczekiwaniu na niespodzianki, jakie życie może jeszcze ofiarować. Czy te patetyczne deklaracje nie są po prostu "pobożnymi życzeniami", aby uspokoić niepokój?
|